Pomimo wielu podobieństw w kulturze i historii tych krajów, takich jak np. niedawne wojny domowe, trzęsienia ziemi, huragany czy trudności ekonomiczne, każdy z nich posiada własną, niepowtarzalną tożsamość.
Kostaryka
Gdy wylądowałem na lotnisku w San José, w kolejce do urzędu celnego oraz do przekroczenia granicy czekało kilkaset ludzi. Wszyscy ze Stanów Zjednoczonych. Nie miałem wątpliwości, patrząc na ich stroje, że wybierają się na wakacje. Spytałem niektórych o cel ich podróży. Odpowiedzieli mi, że w Kostaryce jest wiele parków narodowych i plaż, które są bardzo dobrze utrzymane i niedrogie. Jednak pomimo tego pierwszego wrażenia, życie codzienne w kraju pełnym turystycznych atrakcji nie jest wcale takie łatwe.
Jeśli spytać innych mieszkańców Ameryki Środkowej o Kostarykę, często odpowiadają, że to najbardziej stabilny ekonomicznie kraj w regionie. To z pewnością prawda, nie oznacza to jednak, że nie ma tu innych problemów.
Kostarykańczycy są dumni z tego, że żyją w kraju, który nie ma armii. Dlatego właśnie, środki, które byłyby przeznaczane na wojsko, mogły zostać wykorzystane na szkolnictwo. Wydaje się to nieprawdopodobne, wziąwszy pod uwagę fakt, że Kostaryka leży w regionie znanym z wielu konfliktów zbrojnych.
Właśnie z powodu lepszej sytuacji ekonomicznej, jednym z problemów z jakimi musi borykać się Kostaryka, jest imigracja . W chwili obecnej w Kostaryce żyją 4 miliony ludzi z czego 1 milion to Nikaraguańczycy. Kostaryka zmuszona była przyjąć swoich sąsiadów, także z powodu braku armii, która mogłoby chronić jej granic. Ta sytuacja powoduje także przeciążenie systemu pomocy społecznej.
Napływ tak dużej ilości Nikaraguańczyków odrodził wiele napięć pomiędzy oboma krajami, stąd wielka potrzeba dialogu i pojednania. Wielu Kostarykańczyków uważa, że niektórzy Nikaraguańczycy nadużywają systemu pomocy społecznej, lecz nie wolno zapominać, że wielu Nikaraguańczyków to również ciężko i uczciwie pracujący ludzie. Trudno się dziwić, że Nikaraguańczycy czują się nieraz rasowo dyskryminowani. Pamiętajmy jednak, że problem imigracji jest skomplikowany, a otwieranie się na przybywających nigdy nie jest proste.
Podczas mojego pobytu w Kostaryce dane mi było spotkać się z ludźmi należącymi do jednej z religijnych grup młodzieżowych. Byli bardzo zainteresowani spotkaniami w Taizé, gdzie dwóch z nich spędzi tego lata trzy miesiące. Nasze spotkanie zakończyło się modlitwą ze śpiewami, przygotowaną przez tych, którzy byli już w Taizé w zeszłym roku. Na jednym z elementów dekoracji mozna było przeczytać słowa brata Rogera: „We wszystkim, pokój serca”. Być może tego właśnie potrzeba nam najbardziej: pokoju serca. Nie takiego pokoju, który powoduje ucieczkę, lecz pokoju, który uzdalnia nas do twórczego rozwiązywania problemów, którym musimy sprostać.
Nikaragua
Jadąc z lotniska do centrum Managua (stolicy Nikaragui) można odnieść wrażenie, że jest to w pewien sposób opuszczone miasto. Chociaż można tam znaleźć centra handlowe takie jak w każdym innym dużym mieście, to generalnie ma się wrażenie jakby wszystko zamarło w bezruchu.
Jednym z pierwszych miejsc, jakie odwiedziliśmy, była stara katolicka katedra. W pobliżu znajdował się grób jednego z bohaterów rewolucji Sandinistów oraz pomnik upamiętniający rewolucję. Przez wiele lat płonęły tam pochodnie, a pobliski plac był miejscem wielu wieców i demonstracji politycznych.. Dziś nikt już o tym nie pamięta.
Podczas mojego pobytu zatrzymałem się u Małych Braci Ewangelii; próbują oni wieść proste życie modlitwy pośród bardzo ubogich, dzieląc z nimi wspólnie skromne warunki dnia codziennego. Ponieważ nie mają bieżącej wody, codziennie o piątej rano jeden z braci musi ją przynosić. Podobnie jak w okolicznych domach, także w miejscu gdzie mieszkają bracia, okna są zakratowane, aby chronić przed rabunkami i przemocą.
Pomimo ciężkich warunków bracia nie tracą nadziei, a przez swoje codzienne zaangażowanie starają się przekazywać swoją nadzieję innym. Brat Carlos pracuje w punkcie usuwania tatuaży. Dlaczego to robi? W jaki sposób takie działanie może przywracać nadzieję? W Nikaragui oraz w większości krajów Ameryki Środkowej tatuaże kojarzone są z gangami młodzieżowymi, tak zwanymi „maras”. „Maras” znane są ze swojego szczególnego okrucieństwa. Ich członkowie to w większości młodzi ludzie, którzy nie znaleźli w życiu żadnego sensu i utracili całą swą nadzieję. Dla wielu z nich jedynym sposobem na zaspokojenie potrzeby przynależności jest dołączenie do „maras”, gdzie bezsensowna przemoc jest swoistym wołaniem o pomoc, sposobem, aby zwrócić na siebie uwagę.
Członkowie „maras” identyfikują się właśnie przez tatuaż, który oznacza przynależność do konkretnego gangu. Jeśli spróbujesz opuścić gang pozostawiając tatuaż, ryzykujesz swoim życiem. Natomiast osobom noszącym tatuaże najczęściej odmawia się przyjęcia do pracy, jest więc to pułapka, z której nie ma wyjścia. Praca brata Carlosa polega na usunięciu tatuażu i ułatwieniu rozpoczęcia nowego życia tym, którzy chcą opuścić „maras”.
Brat Joseph, który przebywa w Nikaragui od 26 lat powiedział mi: „Wielu ludzi myślało, że przyłączając się do rewolucji Sandinistów, bierze udział w budowie jakby Królestwa Bożego. Było tyle nadziei, ludzie dawali z siebie to, co najlepsze, aby uczynić Nikaraguę lepszym krajem. To prawda, że Sandiniści popełnili wiele błędów, lecz przynajmniej była wiara w to, że można coś zmienić w kraju, w którym przez tyle lat panowała dyktatura. Gdy w 1990 roku Sandiniści przegrali wybory, przeniosło to wielkie rozczarowanie. Być może właśnie dlatego w codziennym życiu wielu ludzi jest tyle smutku i frustracji. Jak Lud Boży w Starym Testamencie, musimy teraz przejść przez pustynię. Ale czy jesteśmy gotowi, aby spędzić na niej czterdzieści lat?”
Jak możemy przekazywać nadzieję, gdy codzienne życie jest tak ciężkie? Nikaragua jest najbiedniejszym krajem w Ameryce Środkowej i drugim najbiedniejszym krajem w Ameryce Łacińskiej, zaraz po Haiti.
Ostatniego wieczora w Managua odbyła się modlitwa, a na jej zakończenie każdy z uczestników modlił się przy krzyżu i zapalił świeczkę jako symbol światła Zmartwychwstania. Zmartwychwstania, które leży w centrum wiary chrześcijan. Na podobieństwo Chrystusa przekazujemy nadzieję, która jest zakorzeniona w Zmartwychwstaniu. Ta nadzieja nie jest tylko „pozytywnym myśleniem” albo czysto ludzkim optymizmem. Bo tak ja napisał brat Roger: „Nadzieja jest jak fala światła, która nagle wlewa się w naszą głębię” (List 2003)
Salwador
Z najbiedniejszego kraju Ameryki Środkowej pojechałem do najmniejszego z nich: Salwadoru.
Salwador jest małym krajem, ale z pewnością ma w sobie dużo energii. Gdy przybywa się na międzynarodowe lotnisko, można zauważyć, że każdy zajęty jest jakąś pracą. Trzeba też wiedzieć, że Salvador jest najgęściej zaludnionym krajem w regionie
Podobnie jak w innych krajach Ameryki Łacińskiej lata 70 i 80 były w Salwadorze bardzo niespokojne i pełne przemocy. Kraj doświadczył także 12 lat wojny domowej (1980-1992), podczas której zginęło 75 000 ludzi. W konflikcie brały dział dwie strony: marksistowski Front Wyzwolenia Narodowego im. Farabundo Martí oraz siły rządowe wspierane przez Stany Zjednoczone.
Gdy jedzie się przez stolicę kraju, San Salwador, w stacji radiowej sponsorowanej przez Uniwersytet Ameryki Środkowej, można czasem usłyszeć donośny, czysty głos. Najprawdopodobniej będzie to głos arcybiskupa Oscara Romero, zamordowanego zaraz na początku konfliktu zbrojnego, 24 marca 1980 roku. Duchowny z całą stanowczością wypowiadał się przeciw łamaniu praw człowieka, mających miejsce w kraju, a wiele z jego słów okazało się prorocze.
W lutym 1979 roku, biorąc udział w spotkaniu biskupów Ameryki Łacińskiej w meksykańskim mieście Puebla, brat Roger miał okazję spotkać arcybiskupa Romero. Długo wtedy ze sobą rozmawiali. Arcybiskup zaprosił brata Rogera do Salwadoru. Wizyta planowana na grudzień 1979 roku została odwołana przez arcybiskupa Romero ze względu na trudną sytuację w Salwadorze. Trzy miesiące później abp Romero został zabity podczas odprawiania Eucharystii. Pochowano go w krypcie katedry w San Salwador. Jest to miejsce, które koniecznie trzeba odwiedzić będąc w stolicy, aby choć przez chwilę pomodlić się u jego grobu. W miejscu tym niemal nieustannie są ludzie, często z wielu krajów. Modląc się oddają hołd człowiekowi, który stał się symbolem pokoju i pojednania. W 1997 roku, papież Jan Paweł II ogłosił go Sługą Bożym. Jest to pierwszy krok w kierunku beatyfikacji i kanonizacji arcybiskupa Oscara Romero.
Przez lata do Taizé przyjeżdżało wielu młodych z Salvadoru. Jedną z rzeczy, które zaplanowałem, było spotkanie i wspólna modlitwa z nimi. Niektórzy pozakładali już rodziny i mają dzieci. To niesamowite, zobaczyć i usłyszeć jak czas spędzony przez nich w Taizé dotknął i przemienił ich życie; odkryli, że przyszłość pełna pokoju jest możliwa. Dla wielu z nich doświadczenie słuchania, przebywania z tymi, którzy są zupełnie odmienni od nich było sposobem na odkrycie dróg pojednania.
Ostatniego wieczoru, modlitwa odbyła się w Kaplicy Męczenników, na Uniwersytecie Ameryki Środkowej (UCA). Wojna domowa zakończyła się zabiciem sześciu jezuickich księży na terenach należących do uniwersytetu. Dziś w tym miejscu jest ogród różany, zaś księża zostali pochowani w Kaplicy Męczenników.
Gdy tak modliliśmy się w kaplicy, przyszła mi na myśl jedna z modlitw brata Rogera: „Bądź pochwalony Duchu Święty za te kobiety, mężczyzn, młodych, a nawet dzieci, które oddały swoje życie za pojednanie i pokój”. Najnowsza historia Salwadoru naznaczona jest przez różnego rodzaju konflikty. Przemoc jest wciąż obecna w działalności gangów młodzieżowych. Pomimo tego wciąż znajdują się ludzie, którzy gotowi są poświęcić swoje życie dla innych.
„Co to znaczy kochać? Czy to znaczy dzielić cierpienia najbardziej udręczonych? Tak, to jest miłość. Czy będzie nią niewyczerpana dobroć serca i bezinteresowne zapomnienie o sobie dla innych? Tak, na pewno. I jeszcze – co to znaczy kochać? Kochać, to znaczy przebaczać, żyć w jedności. Pojednanie to zawsze wiosna duszy.” (List niedokończony).
Gwatemala
Gdy zapytać Gwatemalczyków o ich kraj, często odpowiedzą, że to „kraj wiecznej wiosny”. To prawda. Gwatemala to kraj górzysty, ma piękne jeziora i doliny. Otoczony przez Ocean Spokojny i Morze Karaibskie. Jednakże ten czas wiecznej wiosny potrafi być bardzo gwałtowny i niespokojny. W 1998 roku na Gwatemalę uderzył huragan Mitch, a w zeszłym roku huragan Stan, w wyniku którego zginęło 1500 osób.
Evelyn i Francisco byli w Taizé zeszłego lata. Gdy wracali już do domu, huragan Stan zaatakował ich miasto San Marcos oraz cały departament. Z tego powodu nie mogli dostać się na miejsce prawie przez 2 tygodnie.
Pozostawałem z nimi przez większość czasu spędzonego w Gwatemali. Podróż ze stolicy kraju Guatemala City do miasta San Marcos była długa i bardzo męcząca. Wiele dróg zostało zniszczonych i wciąż wymaga naprawy… Z San Marco pojechaliśmy na spotkanie do miasta Tacaná położonego 2 800 m.n.p.m. Przywitała nas bardzo duża grupa młodych ludzi. Wielu z nich to rdzenna ludność tamtych okolic. Podobnie jak Boliwię, również Gwatemalę zamieszkuje wielu autochtonów. Większość stanowią plemiona Majów: Kiczowie, Majowie i Pokomani, a spora ich część wciąż zamieszkuje zachodnie wyżyny kraju, zachowując swoje tradycyjne ubiory i zwyczaje. Dzieje się tak dlatego, iż podczas panowania hiszpańskiego, rdzenną ludność Gwatemali izolowano od reszty społeczeństwa.
W Tacanie młodzi czekali już na nas w kościele. Aby dostać się na spotkanie, wielu z nich szło pieszo przez kilka godzin. Dekorację kościoła stanowił krzyż z Taizé oraz kilka ikon oświetlonych świecami… Byłem zaskoczony tym jak szybko podchwycili oni melodię śpiewów i ducha modlitwy. To niesamowite, gdy jadąc na drugi koniec świata można odczuć duchową komunię z tymi, którzy Cię przyjmują. Podobne spotkania miały miejsce także w San Marcos i na wybrzeżu Oceanu Spokojnego.
Podobnie jak Nikaragua i Salwador, także Gwatemala doświadczyła wojny domowej. Trwała ona 36 lat i zabiła około 200 tysięcy ludzi. Według badań sponsorowanej przez Stany Zjednoczone, Komisji Prawdy zniszczono 450 wiosek Majów, ponad milion Gwatemalczyków stało się uchodźcami, a 90% naruszeń praw człowieka zostało popełnionych przez siły rządowe. W mieście El Quiche, niedaleko San Marcos wszyscy księża i osoby duchowne z wyjątkiem jednej zostały zabite lub musiały uciekać, zaś jakakolwiek zorganizowana grupa była podejrzewana o kolaborację z lewicową partyzantką. Także liczba ofiar wśród tych, którzy nauczali religii lub wykazywali jakiś stopień zaangażowania religijnego, była bardzo wysoka.
W sytuacji takiej jak ta, aby osiągnąć prawdziwe pojednanie i uzdrowienie ran, potrzebna jest rozmowa o tym, co się stało. Stanięcie w prawdzie, nawet jeśli bolesne, jest częścią procesu pojednania. Przebaczenie nie jest jednak tym samym co zapomnienie, ponieważ przebaczenie nie neguje faktu, iż popełniony został błąd. Przebaczenie pomaga nam uleczyć rany uczynione przez błąd, aż do momentu, gdy nie odczuwamy już potrzeby nieustannego wracania do naszych przewinień i nie czynimy z nich centrum naszego życia.. Pamiętajmy jednak, że aby osiągnąć prawdziwe pojednanie i w pełni przebaczyć, musimy do końca rozpoznać winę.
Poszukiwanie pojednania może kosztować życie wielu ludzi. Jedną z nich był arcybiskup Gwatemala City, Juan Gerardi. Został on poproszony o przewodniczenie Komisji Prawdy, finansowanej także ze środków kościelnych. W kilka godzin po zaprezentowaniu swojego raportu pod tytułem „Gwatemala: nigdy więcej”, arcybiskup został zamordowany.
Mimo bardzo trudnej przeszłości, w Gwatemali można dostrzec wiele znaków nadziei. Jak to się najczęściej dzieje w takich sytuacjach, są one widoczne wśród wielkiego cierpienia, lecz z cała pewnością można je odnaleźć. Jeśli odwiedzić dom diecezjalny w San Marcos, można zobaczyć jak chrześcijanie odpowiadają na wezwanie do poszukiwania dróg pokoju. Pomieszczenia różnych biur znajdujących się w domu diecezjalnym mają wejścia od strony wewnętrznego dziedzińca. Gdy stanie się na środku placu, można zobaczyć wszystkie z nich: biuro ochrony praw pracowniczych, biuro ds. osób pozbawionych ziemi, biuro ds. kobiet, biuro do spraw młodzieży, biuro ds. historii najnowszej…
Honduras
Ostatnim przystankiem w mojej pielgrzymce był Honduras, jeden z najbiedniejszych krajów Ameryki Łacińskiej. Zatrzymałem się w stolicy kraju: Tegucigalpa. Mieszkałem w dużym seminarium duchownym, pełnym alumnów. Było to bardzo uderzające, jeśli przypomnimy sobie sytuacji w Europie, gdzie mówi się o kryzysie powołań do kapłaństwa.
Honduras zmaga się z wieloma problemami wspólnymi dla krajów Ameryki Łacińskiej. Jednym z nich jest wciąż powiększająca się przepaść pomiędzy biednymi i bogatymi. Dobrym przykładem może być jedna z ulic w centrum stolicy, pełna supermarketów, restauracji, centrów handlowych podobnych do tych, które można znaleźć np. w Stanach Zjednoczonych. O 25 minut drogi samochodem od tego miejsca, na wzgórzach okalających miasto można zobaczyć błotniste drogi, domy w opłakanym stanie, pozbawione bieżącej wody i elektryczności.
To właśnie ta ogromna różnica w statusie majątkowym jest jedną z przyczyn przemocy na ulicach miast Ameryki Środkowej. Ludzie żyją więc w ciągłym strachu i napięciu. Np. po wejściu do samochodu kierowca od razu zamyka wszystkie drzwi przy pomocy centralnego zamka, a szyby w aucie są przyciemnione. Wszystko to po to, aby zapobiec napadom młodzieżowych gangów. Gdy ktoś z nich zobaczy, że jedziesz sam, wtedy ryzykujesz, że zostaniesz napadnięty, a samochód zostanie ci odebrany, nawet w biały dzień. Nie warto się wtedy opierać, gdyż ryzykujesz życiem. Natomiast po zapadnięciu zmroku Tegucigalpa zupełnie pustoszeje, a iść na miasto możesz tylko na własną odpowiedzialność.
Co może zrobić Kościół w obliczu takiej przemocy? Jak chrześcijanie mogą stawać się zaczynem pokoju? Jednym ze sposobów jest przynoszenie ulgi tym, którzy cierpią, kobietom, dzieciom. Na terenie jednej z parafii, gdzie zorganizowaliśmy spotkanie dla młodzieży, działa szpital prowadzony przez siostry zakonne, w którym za niewielką opłatą zapewniana jest pomoc rodzinom. Jest również sklep spożywczy, w którym produkty sprzedawane są bez żadnego zysku (non-profit).
Wyzwania, przed którymi stoją kraje Ameryki Środkowej są ogromne. Tego lata młodzi ludzie, z każdego z tych krajów spędzą kilka miesięcy w Taizé. Cieszymy się, że będziemy mogli ich gościć. Z pewnością nie mamy dla nich gotowych rozwiązań ich problemów, ale ufamy, że przez zaproszenie ich do nas, podtrzymamy nadzieję na lepszą przyszłość.